Gmina Sanok
Kościuszki 23
38-500 Sanok
tel. 13 46 56 551
Kościuszki 23
38-500 Sanok
tel. 13 46 56 551
Legendy Bieszczadzkie
"Ocalały dzwon"
Z biegiem wieków rzeka San oplatająca górę Horodyszcze wymyła ze swych brzegów tajemniczy dzwon. Odnalazła go młoda dziewica, o sercu czystym i niewinnym, piorąca bieliznę w rzece. Ze zdziwienia przetarła oczy, bo uwierzyć nie mogła, ale dotknęła dzwonu nieśmiało palcem i on nie zniknął. Pobiegła szybko do swojej osady, leżącej pomiędzy dwoma brodami rzeki, powiadomiła ludzi. Nie chcąc uwierzyć opowieści, mieszkańcy wsi – nazwanej później Międzybrodziem, poszli nad brzeg, popatrzeć na dzwon.
Zobaczyli go ludzie, zaczęli dziwić się, skąd pochodzi. A był lśniący niczym nowy. Tylko starzy Bieszczadnicy, pamiętający opowiadaną im niegdyś przez dziadków przy ogniskach i paleniskach przypowieść o zapadniętej cerkwi, zaczęli kojarzyć dzwon z tą historią. Najsilniejsi chłopi go złapali i idąc powolutku, bo ciężar nieśli ogromy, przenieśli dzwon na sam środek osady. Tam, gdzie miała powstać ich nowa świątynia. I zostawili go na noc.
Jakież było ich zdziwienie, gdy rankiem dzwonu nie było. Za ciężki był, by ktoś go ukradł. Zastanawiano się więc, gdzie się podział? Rozbiegli się ludzie, zaczęli szukać. Chłopcy go znaleźli nad brzegiem rzeki, przy urwisku. Znowu najsilniejsi przenieśli go do wsi. Tam pozostawili. Ale w nocy dzwon niesiony magiczną siłą, cichuteńko pobrzękując, znowu przeniósł się nad rzeczne urwisko, nad przełomem Sanu. Rankiem mieszkańcy go stamtąd zabrali do osady, ale on w nocy znowu powrócił na upatrzone miejsce. Tak trzy razy się przenosił i trzy razy wracano z nim do centrum Międzybrodzia.
Wreszcie najstarsi ludzie postanowili, że świątynię trzeba budować tam, gdzie chce dzwon. Najpierw postawiono dzwonnicę, zawieszono na niej ciężkiego wędrowca. Na niej przetrwał noc, nigdzie się nie przenosząc. Potem kolejną i kolejną, mijały dni, tygodnie, a dzwon wisiał na swoim miejscu.
Postawiono cerkiew. Dzwonem zwoływano ludzi na msze. Dzwonił także, gdy zza Góry Czarownic wysnuwały się czarne, ciężkie chmury, niosące gradobicia i ulewy. Ale to już zupełnie inna historia.
"Świątynia pochłonięta przez górę"
Pierwsza góra, jaka za Trepczą się wznosi ku górze, to Horodyszcze. Dobrze widoczna jest z pobliskiej wsi Międzybrodzie, która przycupnęła po lewej stronie Sanu. Porośnięta lasem liściastym, niegdyś podtrzymywała grodzisko istniejące tutaj pomiędzy X a XIII wiekiem. Natomiast do dziś w pamięci najstarszych ludzi tkwi legenda, od wieków przekazywana z pokolenia na pokolenie. O cerkwi, która pogrążyła się w otchłaniach góry wraz z ludźmi, gdy klątwę rzuciła zła kobieta.
Ona to idąc na niedzielną mszę, z obowiązku i wstydu przed sąsiadami, a nie z ludzkiej potrzeby rozmowy z Bogiem, przeklinała wszystkich tych, którzy cerkiew ową na Horodyszczu zbudowali.
Tak złorzecząc zbliżała się do świątyni. Gdy weszła do cerkwi, zatrzasnęły się za nią nagle wrota, a na zewnątrz niebo poczarniało, przecięte zostało błyskawicami. Wiatr ogromny się rozwył, wokół zaczęły pioruny uderzać z niesamowitą mocą. Lunął diabelski deszcz, wyglądający jak ogromna bryła wody spadająca tylko na górę. Cerkiew zaczęła się trząść i wraz z ludźmi obsuwać w głąb rozmokłej ziemi. Nie było już dla nikogo ratunku. Wnętrze świątyni rozdzierały krzyki rozpaczy, a góra coraz bardziej pogrążała w swoich czeluściach cerkiew, zasypując ją zwałami błota i kamieni.
Gdy góra całkowicie przykryła świątynię, nagle burza ucichła, wiatr ustał, chmury pierzchły i pojawiło się palące słońce, które szybko osuszyło szczyt Horodyszcza. W miejscu po świątyni pozostało tylko niewielkie zagłębienie.
Przez jakiś jeszcze czas ludzie pojawiający się w okolicach góry słyszeli dobywające się jakby z jej wnętrza lamenty, krzyki, płacze. Ale nagle wszystko ucichło. Jakby już nikt nie wierzył w możliwość ratunku i każdy duch ludzi żywcem pogrzebanych dał za wygraną, godząc się ze swym losem.
Pozostali przy życiu mieszkańcy grodu. Ci, którzy nie zdążyli dojść do cerkwi przed złorzeczącą kobietą, i przez to ocaleli z pogromu, opuścili to miejsce. Grodzisko opustoszało. Z biegiem lat na tym miejscu wyrósł las, zasłaniając korzeniami i koronami drzew nieckę po cerkwi.
"Palili i grabili"
Pecha strasznego miał humniski dwór w połowie XVII w. Napadnięty i ograbiony został dwukrotnie. Raz napadli na niego miejscowe bandziory. Trzy lata później ograbili go lokalni chłopi.
Był rok 1645. Wiosna już przeszła, gorąco było nawet nocami, dni były długie, a noce krótkie. Pewnego dnia, już po zmroku, pod dwór podeszła spora grupa Beskidników. Nie przelękły ich wysokie mury i cokoły, ani mocna, drewniana brama. Część bandytów atak zaczęła od zapiecka, na tyłach dworu. Tam też zbiegła się cała załoga, by napastników odpierać. Wówczas to niewielka grupa bandziorów cichcem przedostała się pod warowną bramę. Ułożyli przy niej wysuszoną trawę, słomę, leśny chrust, na to coraz to grubsze gałęzie kładli, na kilku dorodnych, suchych pniaczkach skończywszy. Na koniec wszystko to podpalili i czmychnęli do pobliskiego lasu.
Nie trzeba było długo czekać na efekty. Od trawy i słomy zapaliło się drewno, dalej pniaczki i wysuszona przez słońce brama. Ogień był tak wielki i dym tak duszący, iż nie sposób było nadążyć z gaszeniem pożaru. Dym osnuł cały dwór, a przez dziurę po dopalającej się bramie wpadli na dziedziniec bandyci. Większość obrońców wycięli, a ciężko ranili broniącego się do kresu sił Stanisława Mikołaja Kozłowskiego, cześnika sanockiego, pana w Humniskach. Wśród niewielu ocalałych znalazła się zaś Anna z Rytra Kozłowska, matka cześnika.
Niedługo jednak cieszyła się zdrowiem. Zbójnicy dopadli ją, zdarli z niej szaty i żywym ogniem przypiekać zaczęli, aż wyznała, gdzie znajdują się liczne schowki z kosztownościami. A i tak nie uwierzyli, że wskazała wszystkie kryjówki i piekli ją dalej. Na koniec dobrali się do piwnic i piwniczek, robiąc na pobojowisku bandycką ucztę. Przepędziła ich ostatecznie odsiecz sąsiedzka, idąca dworowi na pomoc. Tej ostatniej udało się życie Kozłowskiemu i jego matce uratować, wszak długo leczeni potem być musieli.
Minęły trzy lata, na Rzeczpospolitą Kozacy się wdarli. Czas niepokoju zaczęli wykorzystywać chłopi, buntujący się przeciwko swym panom. Podobnie stało się i na ziemi sanockiej, a na pierwszy ogień tych niepokojów poszedł tutaj dwór w Humniskach. Został znowu splądrowany i doszczętnie zniszczony. Stanisław i Anna przebywali wówczas w Niebocku i od tamtej pory do dworu w Humniskach już nie powrócili.
"Krzyż z roli"
Gdzieś to koło Srogowa było.
Gdy przetaczały się najazdy tatarskie przez ziemię sanocką, ludność srogowska uciekała zawsze do lasu. W pośpiechu brali wszystkie, co cenniejsze rzeczy, a szczególnie złoty krzyż z tamtejszego kościoła. Pewnego razu ludzie jednak w pośpiechu i zamieszaniu krzyż ten gdzieś po drodze zgubili. Żal był ogromy, ale i nadzieja, że może chociaż w ręce najeźdźców się nie dostał...
Minęły lata. Jedni mówią, że kilka, inni, że kilkadziesiąt. Razu pewnego stary Jaśko ziemię swoją pod lasem orał. Nagle radło pługa zaczepiło o coś i dalej iść nie chciało. Choć woły tęgie były i sił miały jeszcze sporo, bo to dopiero początek orki był, w żaden sposób oporu pokonać nie mogły. Złość zaczęła ogarniać gospodarza, ale cóż było robić. Wyciągnął pług z ziemi, patrzy, a tam spomiędzy bruzd ziemi krzyż lśniący wystaje. Wziął go z lękiem do rąk, przyglądał się, a ten lśnił jakby dopiero co zrobiony i wypolerowany został.
Oracz zaniósł krzyż do wioski. Starszyzna usiadła, podumała i padł werdykt. W miejscu znalezienia krzyża kapliczkę zbudujemy! Tak też zrobiono, a w niej umieszczono znaleziony krzyż. Z czasem na miejscu kapliczki kościółek powstał, a krzyż zajął główne miejsce na ołtarzu.
Pewnie znajdowałby się tam do dziś, gdyby nie złodziejaszkowie. Którejś nocy drzwi do kościółka wyłamali, krzyż oraz inne precjoza ukradli, a uciekając, chrzcielnicę przewrócili i wodę święconą całą wylali. Jednak wieść o ich czynie szybko się rozniosła i nikt nie chciał odkupić od nich tych przedmiotów. Wreszcie zakopali je gdzieś w lesie. Sami na tym nic nie skorzystali, ale dali swoim złym uczynkiem pole do popisu Biesom bieszczadzkim. Gdy tylko woda święcona wsiąkła w ziemię, ci zlecieli się gromadnie pod kościółek ograbiony ze wszystkich świętych symboli i imprezę czarcią zaczęli. Wyli, ogniem buchali, ludzi w pobliskiej wiosce straszyli, bydło przepędzali, plony niszczyli. Długo nie wytrzymali ludziska, wynieśli się ze Srogowa. Wioska opustoszała, chaty się zawaliły, zrównały z ziemią. Wtedy Biesy też odeszły, bo i straszyć nie było kogo.
Po upływie lat na miejscu tym pojawili się nowi osadnicy. Zaczęli budować chaty, obory, spichrze. Wieść lokalna niosła legendę o diabłach, które mogą wrócić. Bali się osadnicy ich srogości, ale jakoś żyli, dbając o siebie nawzajem. Obawy te jednak pozostały w nazwie wsi Srogów.
"Diabły upuściły"
Diabla Góra wyrasta jakby nienaturalnie, naprzeciw Mrzygłodu, ale po drugiej stronie Sanu. Zupełnie jakby zagubiła się tu, pozostawiając bratnie stoki i szczyty. Legenda głosi, że to czart ją tam przyniósł.
Dawno, dawno temu, w miejscu, gdzie dziś znajduje się górzysko, leżało sobie miasteczko. Ułożone niemal w połowie drogi pomiędzy Tyrawa Solną a Tyrawą Wołoską. Zwało się zaś Tyrawa Królewska.
Tyrawa Królewska leżała w pobliżu kopalni soli. Do tej zaś po sól przyjeżdżali kupcy z coraz dalsza, z coraz bardziej odległych krajów. Kupowali sól, a sprzedawali swoje towary. Handel dobrze służył tyrawianom. Wzbogacili się na tyle, że bez trudu postawili szykowny, murowany z kamienia kościół, a w rynku murowany ratusz. Miasto zaś całe otrzymało mury obronne. Żyjącym tam ludziom coraz lepiej się powodziło, ale im byli bogatsi, tym rzadziej do kościoła zaglądali. Zaczęło się zdarzać, że na mszach zaledwie po kilku mieszkańców się pojawiało.
Nie pomagały upomnienia księdza czy też przychodzących misjonarzy. To zaś coraz bardziej diabły radowało.
Podczas jednej pasterki nikt się w kościele nie pojawił. Ksiądz pleban rozsierdzony zaklął wówczas szpetnie: a niech to miasto piekło pochłonie!
Takie wyzwanie usłyszały diabliki! Złapały jedną z gór, odległych o kilkadziesiąt kilometrów stąd, wyrwały ją z ziemi, uniosły w powietrze i rzuciły z chichotem na miasteczko! Góra przykryła wszystko, wpychając mury, budynki, ludzi aż w czeluści piekielne.
Starzy ludzie powiadają jeszcze, że od wsi Dobra jest wejście do wnętrza góry. Prowadzi ono do tunelu, a ten do zawalonych domów, pełnych skarbów tyrawian. Ale jeszcze nikt nie odważył się podążać czarnym korytarzem w dal.
"Król Jagiełło na Sobieniu"
Wiele legend krąży o zamku na Sobieniu,
a większość z nich związana jest z Jagiełły imieniem.
Ta, którą opowiem, także o nim baje,
bo rzecz się dzieje wówczas, gdy on rządził krajem.
Pierwszego maja tysiąc czterysta siedemnastego roku
król Jagiełło zjawił się na rynku w Sanoku.
Przybył nie sam, ale ze świtą liczną,
O czym wcześniej powiadomił szlachtę okoliczną.
Towarzyszyła też królowi Elżbieta Gronowska,
której skandale miłosne znała cała Polska.
Porwana za młodu dwa razy, a trzy poślubiona,
raz czwarty – Jagiełły zapragnęła zostać żoną.
A że król się obawiał, co rzekną przeciwnicy,
więc wszystko przygotował w wielkiej tajemnicy.
I drugiego maja roku tysiąc czterysta siedemnastego
oboje stanęli w Sanoku na stopniach ołtarza farnego.
Kiedy Elżbieta kroczyła dumnie do kościoła,
zbliżył się do niej Kmita, prosząc, by na Sobień przybyła.
Małżonkowie po uczcie na zamku sanockim
zajechali paradnie na wysoką górę pod Leskiem,
na której wznosił się zamek pięknie położony,
a w nim władał Kmita wraz z ludem uniżonym.
Ucztom końca nie było, balom i swawolom,
a zawsze w pierwszej parze szedł król z królową.
Jednej tylko rzeczy Jagiełło nie przewidział,
że z powodu ciągłego deszczu nie upoluje niedźwiedzia.
Jeszcze by tak pewnie długo bawili, radzi nocą hasać,
gdyby, nie trzeba było do Krakowa na dwór wracać.
Z żalem żegnali mieszkańcy podgrodzia królewiąt dwoje, podziwiając ich przepych, karoce i paradne stroje.
Ludzie, którzy wylegli na drogę widzieć parę królewską,
a przybył bez mała cały Sanok i niewielkie Lesko,
rozczarowania nie kryjąc, głośno psioczyli,
bo nowożeńcy jadąc, za firany karocy się skryli.
I choć im nie dane było dojrzeć królewskiej pary,
to i tak przez lat wiele dumni byli bez miary,
pytając każdego na drodze, czy o tym słyszał,
jak król wraz z żoną w gościnę do Kmity przyjechał.
"Rzygłód"
Leży w dolinie Sanu wieś wielce urocza,
oddalona piętnaście minut drogi od miasta Sanoka.
Dziś zwana Mrzygłodem, a dawniej Tyrawą Królewską,
w której dzięki rzemiosłu ludziom się żyło dostatnio.
Mieszkańcy uprawiali ziemię, garnki lepili z gliny
i w błogim spokoju przez długie lata żyli.
Ale wszystko co dobre to szybko przeminie;
nadszedł rok deszczowy i rozległą dolinę
zalała woda – głęboka, mętna, nieprzebrana,
zabrała cały dobytek, zamuliła łąki i pola.
I w miasteczku niegdyś bogatym, leżącym wśród gór
zapanowały: nędza, choroby, cierpienie, głód.
Marny byłby tej wsi los, gdyby nie pomysł Jagiełły żony,
która wraz z małżonkiem zapragnęła zwiedzać te strony.
A że droga była błotnista i pełna wybojów,
koło złamało się w karecie, zmuszając orszak do postoju.
Stanęła królowa na środku miasteczka zniszczonego,
załamuje ręce, bolejąc nad losem ludu strapionego.
A chcąc zajrzeć do środka chat, pod strzechy,
wzięła złoty garnuszek i niby pod maską uciechy
jęła chodzić po domach, chcąc kupić śmietany,
lecz wszędzie widziała tylko nędzę i lud wygłodniały.
Za którymś bezowocnym podejściem do domu
stanęła w drzwiach i rzekła: „Można tu umrzeć z głodu”.
Wypowiedziawszy te słowa, opuściła te biedne strony,
pozostawiając garść klejnotów i garnuszek złoty.
Na pamiątkę wizyty dobrotliwej Jadwigi królowej
miasteczko zgodnie z jej sądem nazwano Mrzygłodem.
Dziś dawna mieścina nie ma już praw miejskich,
za to bez liku jest w niej uroków wiejskich:
powiew górskiego powietrza, kwiaty w każdym ogrodzie
i gęsi rynek w centrum wioski, gdzie na cokole
stoi dumnie Jagiełło, praw ludu strzegący
przed budową zapory zalaniem wodą wiernie broniący.
Lecz trzeba pamiętać mieszkańcom współczesnym,
że przed laty szatan się tu zagnieździł,
który widząc lud tej ziemi miłujący i szlachetny,
postanowił poróżnić go, a przy tym się zemścić.
Czas jakiś było słychać głośne jęki i wołania,
lecz wkrótce wszystko ucichło, a w tym miejscu powstała
ogromna góra, co zgodnie z historii nakazem
zwie się Diablą Górą, co pilnuje wioski przed zalaniem.
Do dziś próżne są zakusy zapory budowniczych,
by zalać Mrzygłód wodą i z nikim się nie liczyć.
Miejcie, wodzowie, na uwadze górę ową i jej powinność,
bo ona roztacza pieczę nade wsią i zapewnia jej przyszłość.