Szlakiem Pamięci Krzysztofa Klenczona
Krzysztof Klenczon to ikona polskiego rocka. Urodził się 14 stycznia 1942r. w Pułtusku. Rodzice, ze względu na nową pracę, musieli przenieść się do Szczytna, gdzie Krzysztof uczęszczał do Szkoły Podstawowej. W roku 1959 zdał maturę w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym i dostał się na studia na Politechnice Gdańskiej – budowa dróg i mostów. Szybko zrezygnował z Politechniki i po wakacjach przeniósł się na SN – Wychowanie Fizyczne w Gdańsku – Oliwie. Tam poznał Karola Wargina, który zaszczepia w nim dążenia do sukcesów muzycznych, i z którym przeszedł eliminacje i wystąpił w Szczecinie na Festiwalu Młodych Talentów. Uplasowali się w złotej trójce i uznani zostali za najlepszy duet wokalny. Od tego momentu rozpoczyna się kariera muzyczna Krzysztofa. Gdy miał 20 lat, rzucił posadę nauczyciela wiejskiego (pracował w Rumach koło Dźwierzut) i wyruszył na spotkanie z Niebiesko-Czarnymi, którzy poszukiwali wtedy gitarzysty. Ten okres wspólnych występów wywarł ogromne wrażenie na całym zespole, a później, na twórczości Krzysztofa. Odejście z zespołu Niebiesko-Czarni było zaskoczeniem dla wszystkich. Był na tyle dobrym muzykiem i wokalistą, że postanowił iść własną drogą. Był liderem najpierw zespołu Pięciolinie, potem Czerwonych Gitar i Trzech Koron. Skomponował między innymi: Biały krzyż, Wróćmy na jeziora, Kwiaty we włosach, Powiedz stary gdzieś ty był, 10 w skali Beauforta, Natalie-piękniejszy świat… Dla urodzonych w latach 1940-1970 jest idolem czasów młodości. Dla młodszego pokolenia muzyka Krzysztofa Klenczona ciągle jeszcze bywa odkryciem. Coraz młodsi bowiem sięgają po jego utwory. Co robiłby ten zbuntowany romantyk dzisiaj?
— Na pewno nie zrezygnowałby z muzyki. Może mniej by koncertował, więcej komponował, ale z muzyką by się nie rozstał, bo zbyt ją kochał — mówi Jerzy Klenczon, mieszkający w Szczytnie brat stryjeczny Krzysztofa.
Krzysztof Klenczon w Szczytnie spędził swoją młodość. W roku 1973 na stałe wyjechał do Stanów Zjednoczonych.
— W jego piosenkach słychać miłość i tęsknotę za rodzinnymi stronami, rodziną, przyjaciółmi. Jest w nich klimat mazurskich jezior z ukochanymi żaglami, światło ognisk, szum polskich drzew — opowiada pan Jerzy. Żagle to była pierwsza miłość Krzysztofa we wczesnej młodości. To przy ogniskach grywał przyjaciołom na gitarze, na którą zarobił własną pracą. Był muzycznym samoukiem. Z czasem muzyka okazała się najważniejsza. W Ameryce Krzysztof duże pracował. Jednak nie zapomniał o muzyce, która była dla niego całym życiem. Każdą wolną chwilę spędzał z gitarą. Występował w klubach polonijnych, a 26 lutego 1981 roku zostaje zaproszony do uczestnictwa w koncercie w polonijnym Klubie Milord w Chicago. Gdy wracał z koncertu wraz z zoną Alicją, doszło do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego. Krzysztof doznał licznych, ciężkich obrażeń ciała. Pomimo wysiłku lekarzy, zmarł 7 kwietnia 1981roku w szpitalu św. Józefa w Chicago.
wróć